Czcionka:
A A A
Kontrast:
Cofnij do listy

O poznańskich koziołkach

uciekające koziołki

Oj, co to się działo na rynku, co tam się działo! Jeszcze dziś trudno to opisać. Przed ratuszem zgromadził się wielki tłum, a tu nagle jak coś nie łupnie, nie stuknie, nie huknie! Wystraszeni ludzie rozglądają się na boki i widzą, jak garnki spadają ze stołów, kapusty toczą się po ziemi, a jedna z nich jak piłka ląduje prościusieńko na głowie pani piekarzowej. Wszystko to za sprawą dwóch białych koziołków, które jak huragan przebiegły przez rynek, i nie bacząc na ludzi, przez uchylone drzwi wbiegły na wieżę ratuszową.

Zacznijmy jednak tę opowieść od początku. Pewnego wrześniowego dnia 1551 roku w Poznaniu miała się odbyć wyjątkowa uroczystość. Oto na wieży poznańskiego ratusza miał się pojawić zegar, który zaprojektował i własnoręcznie wykonał mistrz Bartłomiej Wolf z Gubina. Zaproszenie wojewody przyjęli burmistrz, poznańscy rajcy i inni dostojni goście, którzy mieli stać się świadkami tego wielkiego wydarzenia. A gdy ludzie mają ważny powód do świętowania, lubią przy tym dobrze zjeść, więc oprócz prezentacji zegara przygotowano też wystawną ucztę.

Najlepsi kucharze przyrządzili doskonale przyprawione, najpiękniej ustrojone i najokazalsze dania. Za frykasy dla samego wojewody odpowiedzialny był kucharz Gąska, który od wielu godzin obracał rożnem i polewał masłem specjalną pieczeń. Zadowolony był przy tym jak rzadko kiedy. Czuł, że udała mu się ta kulinarna robota. Już po samym zapachu można było stwierdzić, że szykuje nie byle jaki przysmak.

Tymczasem dźwięk trąb oznajmił przybycie wojewody. Wyjątkowa to była okazja, Gąska jako szef kuchni osobiście chciał zobaczyć nadjeżdżający orszak i przywitać dostojnego gospodarza. Zawołał więc swego pomocnika – kuchcika Pietrka, by podczas jego nieobecności wszystkiego pilnował: strzegł ognia i pod żadnym pozorem nie spuszczał z oka rożna, kręcił nim stale, ale ostrożnie! Pietrek wysłuchał poleceń, ze wszystkimi się zgodził, ale myślał już tylko o jednym. Zawsze marzył o tym, by rożnem zakręcić jak mistrz. Gąska jednak nigdy mu na to nie pozwalał, tłumacząc, że jeszcze sił i sprytu mu brakuje. Nie marnując więc ani chwili, gdy tylko kucharz z oczu mu zniknął, Pietrek z rozmachem zabrał się do kręcenia. I stało się najgorsze. Upuścił rożen, który wraz z całą zawartością wpadł do ognia. Mięso w mig spaliło się na węgiel!

Przestraszył się kuchcik nie na żarty. Na dodatek Gąska zdążył już wrócić do kuchni, i gdy zobaczył, co się stało, zaczął lamentować, utyskiwać, słowem: biadolił okrutnie. Nie był to jednak czas ani na żale, ani na kary. Trzeba było działać, i to najszybciej jak się da! Pognał więc Pietrek do rzeźników, by kupić nowy kawał mięsa. Niestety, wszystkie stragany były pozamykane, bo ciekawi widoku dostojników ludzie zgromadzili się przed ratuszem. kuchcik Pietrek spalił mięso

Zrezygnowany chłopak już miał wracać z pustymi rękoma, już przygotowywał się na solidne kuchenne pokuty, gdy nagle usłyszał wesołe beczenie. Za jedną z kamienic zobaczył dwa białe ogonki. Cóż za traf! Uśmiech jak rogal pojawił się na piegowatej twarzy Pietrka. Bezszelestnie zakradł się do zwierząt i odwiązał od słupka koziołki skubiące kępki trawy, a oczami wyobraźni już widział, jak zamieniają się w przysmak dla wojewody.

Pietrek i koziołki

Zwierzęta, gdy tylko poczuły, że chłopak ciągnie je za postronki, jak na komendę wierzgnęły kopytami i ruszyły na kuchcika z rogami. Ten, zupełnie się tego nie spodziewając, upadł na ziemię i wypuścił sznurki z rąk, a gdy zorientował się, co się stało, koziołki były już daleko.

Gnały teraz na złamanie karku, po bruku, na szagę między straganami. Krzyk się zrobił, bo zwierzaki tratowały wszystko na swej drodze. Gdy wskoczyły na wóz wypełniony warzywami, marchewki jak groty strzał śmigały nad głowami zgromadzonych ludzi. O kapuście na głowie pani piekarzowej już wspomnieliśmy. Na koniec wpadły do ratusza, przebiegły po pięknie zastawionych stołach i wbiegły na wieżę.

koziołki wbiegają na wieżę Wszystko to trwało zaledwie kilka chwil, wojewoda nie zdążył się zorientować, co się dzieje. Jednak gdy zadarł głowę wysoko w górę, by zobaczyć, jak działa zegar, w małym okienku, tuż nad mechanizmem pojawiły się dwie białe głowy koziołków, które bodły się tak zawzięcie, że nie tylko wojewodę, ale i cały zgromadzony tłum rozbawiły. Wówczas na rynek wpadł Pietrek. Nieświadomy powodu powszechnej radości, ze łzami w oczach i wielką skruchą w sercu opowiedział wojewodzie, burmistrzowi, kucharzowi Gąsce i wszystkim zebranym, jak to znalazł dwa koziołki, i nie pytając nikogo o pozwolenie, postanowił zamienić je na przy smak z rożna.

tłum poznaniaków

Gdy skończył swą opowieść, oczekiwał srogiej kary. Nie spodziewał się zupełnie tego, co się stało później. Otóż zarówno władze miejskie, jak i tłum poznaniaków – słowem: wszyscy zaczęli śmiać się dobrodusznie z małych koziołków, które znalazły sobie sprytną kryjówkę. Włodarze miasta zdecydowali, że na pamiątkę tego niezwykłego widowiska mistrz Bartłomiej z Gubina dodatkowo skonstruuje dwa mechaniczne koziołki, które każdego dnia, dokładnie w południe, dwanaście razy będą się bodły rogami na wieży ratusza. I tak się stało, i tak jest do dzisiaj.

szlaczek

Poznaj następną legendę

O wołowej skórze
O poznańskich koziołkach
Posłuchaj
Posłuchaj legendy
Ukryj odtwarzacz